Blog
Sówka55
Sówka55
27 obserwujących 129 notek 128035 odsłon
Sówka55, 27 października 2013 r.

Pamiętnik Myszulka, 83

Listopad w październiku i Maksio, mój emisariusz, Sówka55
Listopad w październiku i Maksio, mój emisariusz, Sówka55

 

Rozdzial LXXXII

Listopad w październiku,

czyli to, co było na górze, teraz jest/będzie na dole,

memento dla polityków

(i nie tylko).

Na szczęście coś na zawsze zostanie - dobro i miłość, prawda i sens...

 

Jesień przychodzi raz wcześniej, raz później, żyję tak długo, że już to wiem, co nie znaczy, że to akceptuję (tysiąc razy o tym pisałeś, Myszulku, powiedziałby Wujek Andrzej, gdyby był akurat u nas, a nie u siebie, trudno, jeśli pogoda się powtarza, to i ja mogę,howgh!). Ale październik powinien być październikiem, nie listopadem, a na drzewach zamiast liści.... nie, nie, nikt nie wisi. Nikt, a nawet nic! W ciągu tygodnia od warszawskiego referendum (nie łączę tych zjawisk, ale może należałoby, bo oba są w swoich skutkach beznadziejne) spadło tyle liści, że zebranie ich razem mogłoby stanowić trzynastą pracę Heraklesa (Wisła to nie Alfejos ani Penejos, i zmiany koryta Wisły w tej stajni Augiasza przy okazji nie postuluję, zresztą... inne koryta są tu czynne..., wzdycham za Ujejskim).

Gdyby Herakles zszedł z Olimpu... Ale po co, ja na jego miejscu bym nie schodził. Narazić się mściwej Herze...

Wracam do liści. Bez gałązki oliwnej! Teraz, gdy listopad ante portas, prawie zupełnie ich już nie ma! Szkoda, że tak nagle spadły, tak szybko i tak bezpowrotnie. Może to jakiś znak wskazujący na to, że nie należy trwale przyzwyczajać się do miejsca? Dziś prezydenci i premierzy nie leczą skrofułów, a wydaje im się, że są niezastąpieni i wszechmocni, jakby byli namaszczeni przez Boga. A są jak liście... Zresztą jak my wszyscy, "Przemijamy, to tylko wiemy, a reszta jest fikcją okłamujących się bydląt", zauważył Witkacy w "Pożegnaniu jesieni", tytuł jak na koniec października idealny (Warszawa 1983, s. 258).

Czy jako Kot jestem bydlęciem?! Ja, Myszulek, Poeta i Romantyk,NΠ i NP (bo nie piłem nic poza wodą, a nie palę nigdy i wcale), czy jestem bydlęciem? Przecież okłamywać się – troszkę – jednak lubię...

Wolę myśleć o sobie, że jestem liściem na wietrze, zwinnym, pełnym gracji i wdzięku...

Ale niestety i jak liść przeminę...

Chociaż przecież niezupełnie od razu. Planuję dożyć setki, bo jestem ciekaw, ile rządów zmieni się do tego czasu, czy to, co ukrywane, będzie wyjawione, czy sławą okryją się ci, którzy na nią zasłużyli, a w niesławie odejdą nikczemni. I jaka poezja o naszych czasach powstanie?!

Les feuilles mortes...

Znów, w kolejną jesień, przypominam sobie te słowa. Pewnie wszyscy je sobie teraz przypominają, nie tylko Koty.

...Les feuille mortes se ramassentà la pelle,

Les souvenirs et les regrets aussi.

Et le vent du nord les emporte

Dans la nuit froide de l`oubli...

Martwe liście wyrzuca się do śmieci, wspomnienia i żale też. Uniesione wiatrem z północy utoną w zimnej nocy zapomnienia, pisał Jacques Prévert dla Yvesa Montanda, a właściwie dla Marcela Carné, bo do jego filmu Les Portes de la Nuit z 1946 roku powstała ta piosenka.

Piękna, ale się z nią nie zgadzam.

Na martwych liściach powstanie świeża trawa, ze wspomnień – bogatsi - powstaniemy my. Nie wierzę w zimną noc zapomnienia, wierzę w sprawiedliwość, choćby po latach.

Z taką myślą czytałem "Bez prawa powrotu", wspomnienia Ewy Kubasiewicz-Houée (Wektory, Wrocław, 2007, wyd. II), w lutym 1982 skazanej na dziesięć lat więzienia i pięć lat pozbawienia praw publicznych za sporządzenie i rozprowadzenie ulotki "mogącej osłabić gotowość obronną PRL i wywołać niepokój publiczny i rozruchy" - najwyższy wyrok wydany w stanie wojennym! Uważam, że książka ta powinna trafić do spisu lektur maturzystów, a na pewno powinien ją przeczytać każdy, kto PRL i stan wojenny postrzega tylko jako poczciwą krainę absurdu z filmów Stanisława Barei, skądinąd równie przenikliwego obserwatora co kronikarza tych czasów.

Wcześniej słyszałem Ewę Kubasiewicz w rozmowie z Wojciechem Reszczyńskim w jego nocnej audycji w Trójce, "Trójka na poważnie", świetną! Co to za wspaniała osoba, co to za wspaniała rodzina, od stryja, Henryka Kielasa, Powstańca Wielkopolskiego poległego pod Szubinem, i Ojca, Antoniego Sylwestra, ochotnika w 1920 roku, członka Grupy Doktora Witaszka w czasie wojny począwszy, a na Synu, Marku Czachorze i Synowej Magdzie z domu Kowalskiej, objętych tym samym śledztwem co sama Ewa Kubasiewicz, kończąc.

Książka zawiera wiele wątków z czasów przed powstaniem "Solidarności", potem jej pełnego zwątpień, ale i nadziei karnawału, ze stanu wojennego i lat pół-wolności po jego zniesieniu, bolesnej emigracji "bez prawa powrotu" w styczniu 88 roku, wreszcie późniejszych lat po, jak pisze Autorka, "klęsce okrągłego stołu" (s.196); wszystkie są ciekawe. Dla mnie szczególnie wstrząsające byly opisy śledztwa, procesu, a potem warunków życia w więzieniach, nielepszych zresztą od warunków w piwnicach ubecji na Okopowej i w areszcie śledczym przy Kurkowej w Gdańsku, gdzie w kocach (które aresztowane kobiety i tak dostały cudem – w grudniu 81, przypominam, zima w pełni) pełno było karaluchów, a w zakładanych przed wyjściem na spacerniak więziennych kurtkach i chustkach na głowy zdarzały się wszy.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

imageimage

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • Drodzy Przyjaciele! W imieniu Syna i swoim - bardzo dziękuję, Anna, Sówka
  • @LAENIA, Jestnadzieja Dziękuję. Jest bardzo, bardzo smutno.... A.
  • Dziękujemy... "Lecz synowie człowieczy umierają prawdziwie i opuszczają świat; dlatego...

Tagi

Tematy w dziale