Rzecz o bezradności, czyli jak źle mieć sąsiada.

Co można zrobić kotu, refleksje przed 17 lutego,

Światowym Dniem Kota

 

 

Mieszkam w małym domu, który ma troje współwłaścicieli, jestem jedną z tej trójki. W tej części Mokotowa zachowało się wiele podobnych domów, wybudowanych przed wojną i otoczonych małymi ogródkami. W tych ogródkach, odkąd sięgam pamięcią, zawsze mieszkały dziko żyjące koty, zawsze też ktoś je karmił, na długo przedtem, zanim w dawnym domu moich Dziadków na stałe pojawiłam się ja. Koty były zawsze, za to nigdy nie było szczurów, na obecność których skarżą się mieszkańcy nieodległych ulic nowszej części naszej dzielnicy.

Tak się złożyło, że kilka pań karmiących kiedyś bezdomne koty razem ze swoimi podopiecznymi odeszło już do innego, bardziej przyjaznego świata, pozostawiwszy po sobie dobrą pamięć; ja kontynuuję ich działania. Na ogół słyszę pod swoim adresem wiele ciepłych słów, do tego, co miłe, koło naszego parkanu często zatrzymują się dzieci, wpatrzone z zachwytem w radośnie bawiące się w trawie koty. "Jakie one piękne, jakie piękne ma Pani koty", mówią też często do mnie zupełnie nieznajomi przechodnie, widząc, jak stawiam kotom jedzonko lub sprzątam puste miseczki.

Cieszę się, że koty wyglądają pięknie i że są zdrowe, niemniej nigdy nie powiedziałabym, że one są moje. Ja tylko pomagam im przetrwać w nie zawsze życzliwym świecie, karmię je kilka razy dziennie, zawożę do weterynarza, jeśli są chore, staram się znaleźć i często znajduję dla nich własne domy i własnych ludzi.

Spośród ośmiu moich domowych, niewychodzących na zewnątrz kotów, cztery pochodzą właśnie z ogródka, znalazły się u mnie, bo żaden z nich nie dałby sobie rady sam. Te koty, ta ósemka, są moje, inaczej koty ogródkowe, to koty dzikie, swobodne, chodzą, gdzie chcą, i przychodzą do mnie, i odchodzą w nieznane, kierując się swoją wolą, swoim instynktem, swoim życiowym planem. Przychodzą, bo obdarzają mnie zaufaniem. Nie staram się ich oswajać, bo nie wiem, kogo spotkają na swej drodze, respektuję ich wolność.

Przez cały rok dla kotów otwarta jest jedna piwnica z uchylonym okienkiem, mają tam posłanka wśród różnych wygodnych zakamarków, czystą wodę, rezerwową suchą karmę, kuwety. Niestety nie ma tam ogrzewania, więc piwnica, choć przez cały rok przyjazna, przy takich temperaturach jak te, które teraz nam towarzyszą, jest już zdecydowanie za chłodna, tym bardziej, że uchylone okienko, choć zaprasza koty do środka, jest też źródłem zimnego powietrza.

Gdy zima zmroziła nas syberyjskim wyżem, pootwierałam kotom drzwi do dalszych, ocieplanych piwnic, wszystkie te piwnice należą do naszej rodziny, ale mają okna, które mogą być tylko albo szeroko otwarte albo zamknięte, więc na zimę są zamykane. Z ogródka koty mogą przez uchylone okienko wejść do swojej, zimnej niestety teraz, piwnicy, a dalej, przez otwarte drzwi korytarzem piwnicznym mogą dostać się do cieplejszych, ogrzewanych piwnic. Tam mają szansę przetrwać mrozy, w swojej dotychczasowej nieogrzewanej piwnicy mrozów dochodzących w Warszawie do minus dwudziestu stopni koty nie przetrwają.

Jednym słowem do przeżycia potrzebny jest kotom korytarz. Korytarz piwniczny, po którym mogłyby przebiec do cieplejszego wnętrza.