Człowiek, przyjaciel kota,

czyli o hipokryzji

W dzisiejszej "Rzeczpospolitej" (s. 2, u dołu) przeczytałam historię bezdomnej kotki Andrei ze stanu Utah, która umieszczona w schronisku w West Valley City przez 30 dni czekała na życzliwy dom. Chętnych do zaopiekowania się kotką jakoś nie było, więc w schronisku podjęto decyzję o jej uśpieniu. Humanitarnie, trującym gazem.

Humanitarnie.

Kotka przeżyła, więc próbę ponowiono, tym razem, jak się wydawało, skutecznie. Humanitarnie, jakżeby inaczej, nieżywą kotkę włożono do torby foliowej i umieszczono w chłodziarce. Wszystko odbywało się w schronisku (schronisko, już sama nazwa to dysonans!), z poszanowaniem praw zwierząt, rękami uprawnionych do tego opiekunów.

Opiekunów zwierząt.

Po pewnym czasie ktoś z personelu schroniska (schroniska!!!) zauważył, że kotka daje oznaki życia. Litościwie wyjął ją z zamrażarki i uwolnił z torby.

Postanowiono uparcie trzymającą się życia kotkę "ułaskawić" i nie zabijać więcej, historia zakończyła się zresztą happy endem, bo tym razem Andrea znalazła własny dom, do którego ze schroniska ją życzliwie zabrano. Na zdjęciu w "Rzeczpospolitej" bawi się myszkami z nową panią .

Historia Andrei wywołała podobno w Ameryce dyskusję na temat uśmiercania, humanitarnie, bezdomnych zwierząt gazem.

Na wielu drogach wschodniej i południowej Europy widziałam bezdomne psy i bezdomne koty, widziałam je w miastach i chodzące po wsiach. Widziałam je w górach Azji, na bezdrożach i po wsiach, widziałam w ich oczach tęsknotę za własnym domem i za lepszym życiem. Było mi ich żal, uważałam, że dzieje się im krzywda.

Ale teraz niezupełnie tak myślę. Bo one miały jakąś szansę. Nie wiem, czy znały inne życie, czy ktoś je wyrzucił, czy skrzywdził – pewnie często tak – ale jakąś szansę od losu na przeżycie, na znalezienie domu czy przyjaznej przystani jednak miały.

Schronisko w Ameryce, nie tylko to jedno przecież, nie dawało takiej szansy, tam tylko odraczano wyrok. Masz 30 dni, albo ktoś cię weźmie, albo trzeba cię wyeliminować.

Rzeczywiście, humanitarny sposób na rozwiązanie problemu bezdomnych zwierząt.

Patrzę w oczy mojego psa (miejsce po oczach, ktoś go oślepił, kiedy Maksio był maleńki), patrzę na moje koty, i cieszę się, że mój świat w ogóle nie jest humanitarny, ale nasz własny, mój i moich zwierząt.