Rozdział XX

Warszawa: cały naród budował swoją stolicę, ale jej nie kocha.

"Drzewa w ulewie deszczu ziaren".
 

Czytam sobie gazety, czytam blogi, i ze smutkiem zauważam, że różne animozje dzielnicowe, na ogół skierowane solidarnie przeciw Warszawie i warszawianom, nie tylko nie zanikają, ale utrzymują się w najlepsze, a więc w moim rozumieniu w najgorsze. Można z dumą mówić o sobie, że jest się na przykład poznaniakiem, i hołubić "ziomków z Pyrlandii", można być krakusem z dziada pradziada, można europejskim wrocławianinem o romantycznych kresowych korzeniach, nie można być tylko warszawiakiem. Bo warszawiak jeśli mówi o sobie, że jest warszawiakiem, to "się wywyższa", chwali, puszy, a więc jednocześnie poniża, ba, chce poniżać, tych, którzy z Warszawy nie pochodzą. Bo dla warszawiaka, zdaniem nie-warszawiaków, wszyscy nie-warszawiacy są gorsi. Na jakiej podstawie? A do tego, myślą nie-warszawiacy, przecież to nieprawda, to my jesteśmy lepsi. Lepsi, uczciwsi, szczerzy, a i o korzeniach historycznych starszych, szczerszych, a nawet szczerozłotych jak włócznia św. Maurycego, jak szczerbiec, jak królewskie korony. My jesteśmy lepsi, my mamy prawo się do tej lepszości przyznawać, naszą cnotą jest prawda i właściwa ocena przeszłości i teraźniejszości. Bo Warszawa to siedlisko zła, a na pewno małości, małostkowości, tromtadracji i blichtru, mazowiecka uzurpatorka z nieprawego łoża, która nie tylko na swoją stołeczność nie zasłużyła, ale podstępnie ją wykradła prawdziwym stolicom.

Oj, już czuję te gromy, które ciskane będą na mój koci łepek (tu forma łebek też byłaby poprawna), gromy z ciemnego nieba, bo dalej nad Warszawą niebo strasznie zachmurzone. Kocie łby (ale już nie "łpy", język polski jest bardzo niedemokratyczny) niedawno zresztą odsłoniła na mojej ulicy zima, ale ukryto je ponownie pod warstwą asfaltu.

Na naszym zamkniętym bramą podwórku zaparkowały pewnego dnia dwie Panie z Krakowa, Przyjaciółki Przyjaciółki naszej Mamy. Zaparkowały na jedną noc, bo bały się, że samochód z rejestracją krakowską stojący beztrosko na ulicy, jak tylko zapadnie mrok, zostanie od razu porysowany. Mamie i mnie wydało się to niemożliwe, ale zaraz usłyszeliśmy, że takie przypadki wandalizmu, spowodowanego "lokalnym patriotyzmem" na opak, są bardzo liczne, podobno dokładnie to samo spotkać może w Krakowie i okolicach samochód z rejestracją warszawską. I to nawet jeszcze częściej.

Z czego to wynika? Dla mnie, Kota warszawskiego (urodzonego co prawda w Kiszyniowie, bo Rodzice tam byli w lipcu 2003 roku), ale - ius sanguinis! - po kądzieli z krwi warszawskiej (nasz Tata urodził się w Poznaniu), to niepojęte.

A więc Warszawa to stołeczna uzurpatorka (fakt, stołeczności miasta nie potwierdzał żaden akt prawny, od momentu przeprowadzenia się do Warszawy Zygmunta III po dotkliwym pożarze Wawelu do trzeciego rozbioru w 1795 roku uważano ją tylko za oficjalne miasto rezydencjonalne Jego Królewskiej Mości), do tego Warszawiacy maniakalnie wprost nie znoszą mieszkańców Krakowa, Poznania czy Gdańska (wszyscy), lekceważą inne miasta i ich tradycje (podobno), wyśmiewają przybyszy spoza Wielkiej Warszawy (jak wyżej), dręczą przyjezdnych, okazując Im pogardę, niechęć i traktując z wyższością.

Ja takich warszawiaków nie znam, ale podobno warszawiacy tacy właśnie są. Zasługują więc na odpór, nienawiść, wrogość, a więc na słuszne ataki i działania zaczepne. Poza tym, co kluczowe i o czym wie każde Dziecko, prawdziwych warszawiaków już nie ma, bo zmiotła Ich z powierzchni ziemi historia (co znaczy dokładnie to, że tych, którzy w Powstaniu nie zginęli, ferro et igni, jak pisał Lukan o zupełnie innej wojnie, z własnego miasta wyrzucili Niemcy).

A skoro prawdziwych nie ma, to ci fałszywi są jeszcze gorsi.

Nikt nie widzi tu paradoksu.

To są w Warszawie warszawianie, czy ich nie ma? A jeśli nie ma, to dlaczego ci, którzy się tam osiedlili, zasługują na nienawiść z powodu swej "warszawskości"?

I co w ogóle w tej warszawskości jest takie złe? Budzące niechęć, chore?

Jeżeli cała powojenna Warszawa to tylko ludność napływowa, to dlaczego akurat warszawskość ma być tej nowej populacji wadą?

I dlaczego wielu spośród tych, którzy tak mówią, z czasem wybiera Warszawę jako miejsce zamieszkania albo ma w Warszawie przyjaciół i krewnych? Ci nowi warszawianie, z musu tu mieszkający, bo przecież nie z wyboru serca, studiują, robią kariery, znajdują miłość swego życia i kupują za kredyty z franków szwajcarskich mieszkania lub domy. I dalej Warszawę lekceważą, a swoich sąsiadów, takich samych jak oni sami warszawian, nie znoszą, gardzą nimi i przypisują im najgorsze cechy.